Agnieszka Pomaska

Wywiad dla wpolityce.pl: Lepsze bezpośrednie promowanie idei niż 30-sekundowe spoty
23 października 2010 r., napisany przez

Pomysł zakazania reklam partii politycznych w telewizji wywołał wiele emocji gdy pojawił się na politycznym radarze kilka tygodni temu. O założeniach i celach takiej ustawy, ale także o szeroko pojętej polityce w internecie rozmawiałem z Agnieszką Pomaską (PO, na twitterze @pomaska).

Michał Kolanko: Zacznijmy może od pomysłu na ustawę zmieniającą w dość istotny sposób to jak wyglądałyby kampanie wyborcze w Polsce – chodzi o zakazanie płatnych reklam telewizyjnych i reklam na billboardach, a wprowadzenie fundacji politycznych. Jaka jest idea tej ustawy?

Agnieszka Pomaska: Wspólnie z obecnym ministrem w kancelarii Prezydenta Sławomirem Nowakiem przygotowaliśmy projekt, który zakłada przede wszystkim zmianę systemu wydatkowania pieniędzy publicznych na partie polityczne – powołanie fundacji politycznych. Chcieliśmy mocniej przesunąć akcent na działalność partii politycznych które przypominałyby aktywność think-tanków w Europie Zachodniej. A definicja fundacji politycznej w naszym prawie do tej pory nie istniała. Stąd właśnie idea tej ustawy. Ponieważ ustawa przewiduje odebranie 25% środków partiom politycznym, powstała idea by jednocześnie ograniczyć możliwość wydawania publicznych pieniędzy między innymi na drogie spoty wyborcze.

MK: Czyli gdyby ta ustawa weszła w życie, to jedyną formą reklamy telewizyjnej partii politycznych byłoby pasmo przydzielane odgórnie w czasie kampanii?

AP: Tak, w ten sposób nastąpiłoby zrównanie szans partii wyborczych jeśli chodzi o prowadzenie kampanii w telewizji. Reklamy telewizyjne są bardzo drogie, niosą mało treści i przede wszystkim premiują te największe partie.

MK: Krytycy takiego rozwiązania wskazują jednak, że mogłoby ono prowadzić do swoistego ograniczenia wolności wyboru poprzez ograniczenie obywatelom dostępu do informacji o partiach i kandydatach.. Jaki jest Pani kontrargument?

AP: Wolność dostępu do informacji nadal jest. Wydaje mi się że lepiej się skoncentrować na bezpośrednim promowaniu pewnych idei, wartości czy swojego programu czy konkretnych propozycji niż na sprzedawaniu ich w 30 sekundowych filmikach bo to jest po prostu niemożliwe. Takie przepisy istnieją w Europie np. w Hiszpanii czy we Francji. Miałam okazję obserwować wybory w Hiszpanii i uważam, że takie rozwiązanie wręcz wzmaga zaangażowanie obywateli w proces wyborczy, jest wtedy większe zainteresowanie innymi formami przekazu a i politycy muszą bardziej się postarać, by dotrzeć do wyborcy.

MK: A czy nie obawia się Pani, że takie rozwiązanie spowoduje iż do politycznej gry włącza się organizacje zewnętrzne, które będą kupować czas antenowy na rzecz niektórych idei czy kandydatów?

AP: Staraliśmy się zabezpieczyć przed obejściem tej ustawy, która będzie jeszcze konsultowana w szczegółach z doświadczonymi organizacjami pozarządowymi, by doprecyzować zapisy. Reklamy w kampanii parlamentarnej to są miliony złotych. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji by którakolwiek organizacja inna niż partia polityczna była skłonna wydać takie pieniądze, ani też nie sądzę by taka zewnętrzna kampania była skuteczna.

MK: Patrząc na całą sprawę nieco szerzej, jak Pani ocenia cały system finansowania partii politycznych? Czy konieczna jest kompleksowa reforma?

AP: Sądzę że ta ustawa to już jest dość duży krok w zmianie systemu. Teraz funkcjonuje coś takiego jak fundusz ekspercki w ramach ustawy o finansowaniu partii, ale to nie jest szczególnie efektywne rozwiązanie. Są to wciąż pieniądze wydawane w ramach partii, fundusz ekspercki nie jest podmiotem prawnym i możliwość działania w jego ramach jest mocno ograniczona. Tymczasem jeśli chodzi o pieniądze na fundacje, to mówimy tu o dużych kwotach. Przez to te fundacje, zaplecza partii będą mogły realnie informować obywateli o działalności partii i zachęcać do debaty, wydawać publikacje itd. To będzie przeciwwaga dla braku tych reklam w telewizji – chcemy postawić na bezpośredni kontakt z obywatelami.

MK: Ta ustawa dotyka reklamy telewizyjnej, billboardów ale nie ma wpływu na reklamę w internecie?

AP: Tak. Partie polityczne nie wydają dużych pieniędzy na kampanie internetowe, wydaje mi się że ograniczenie w tym zakresie byłoby zbyt daleko idącym krokiem. Zresztą nad taką formą reklamy byłoby dużo trudniej zapanować.

MK: Jak Pani zdaniem ogólnie wygląda kwestia wykorzystywania internetu przez w polskiej polityce?

AP: Rola internetu w kolejnych kampaniach wzrasta, ale mamy sporo do nadrobienia np. w stosunku do USA. To wynika między innymi z pewnego przyzwyczajenia polityków i w konsekwencji z podejmowania przez nich takich a nie innych decyzji. Ale możliwość przekazywania przez polityków informacji, komentarzy innymi kanałami niż np. telewizja jest przez nich coraz bardziej doceniania, co widać po zwiększającej się aktywności w tej sferze.

MK: Z drugiej strony, czy nie uważa Pani że tendencja którą obserwuję – wykorzystywania polityków do swoistego „omijania filtra” mediów, nie tylko tych tradycyjnych przy pomocy internetu i np. partyjnych portali – jest pewnym zagrożeniem dla procesu demokratycznej debaty w której media mają spełniać swoistą „kontrolną” rolę?

AP: Takie zachowania na końcu i tak będą podlegały ocenie wyborców. Nie ma nic złego w korzystaniu z różnych form przekazu, chociaż mnie osobiście nie podoba się dzielenie mediów na te „dobre” i te „złe”.

MK: Pojawia się też teza, że media społecznościowe, internet, to całe samo-organizowanie się ludzi w sieci jest przecenianie jako narzędzia w kampaniach wyborczych. Zgadza się Pani z takim poglądem?

AP: Przede wszystkim akcje w internecie bardzo często w tym internecie zostają. Pojawia się jakiś temat, jest kilka dni modny a później nic z tego nie wynika.

MK: Na przykład popularność Henryki Krzywonos na Facebooku. Kilkadziesiąt tysięcy fanów przybyło w ciągu kilku dni…

AP: ..i nic z tego nie wyniknęło. Z drugiej strony kwestia mobilizacji internautów przeciwko rządowemu projektowi pewnych ograniczeń związanych z hazardem w sieci doprowadziła do debaty z premierem Donaldem Tuskiem. Z tego co wiem konkretny dialog został nawiązany, i rząd zdanie tej grupy ludzi uwzględnił. Ale rzeczywiście wiele popularnych akcji w sieci to bardziej zabawa niż szansa na wpływanie na to co się dzieje.

MK: Na pewno udanym przykładem samo-orgnizacji przez internet może być „akcja krzyż”, która zaczęła się na Facebooku. Czy doczekamy się w Polsce kogoś kto tak jak Obama w bezprecedensowy sposób wykorzysta sieć w polityce?

AP: Szczerze mówiąc bardzo bym tego chciała. Obamę podziwiam za konsekwencje. Wykorzystywał internet nie tylko w czasie kampanii, ale także po zwycięstwie w codziennej, faktycznej komunikacji z obywatelami, konsultowaniu pewnych decyzji, oceniania jego działalności. W Polsce w ogóle mamy problem, ciągle nie doceniamy kontaktu z wyborcami. Sam fakt kontaktu dla wyborcy jest ważny, nie tylko załatwienie konkretnej sprawy. Internet może być tu cennym narzędziem. Mam takie doświadczenia między innym z mojej pracy w Gdańsku jako radnej. Myślę, że powoli się to zmienia.

MK: Właśnie przy okazji tej debaty rządu z internautami o cenzurze w sieci pojawił się pomysł na platformę komunikacyjną rząd-obywatele. Czy sądzi Pani że taka platforma mogłaby się sprawdzić?

AP: Taka platforma komunikacji z obywatelami jest jak najbardziej potrzebna, ale diabeł tkwi w szczegółach. To jest kwestia przygotowania dobrego narzędzia, sięgnięcia być może po wzorce amerykańskie. Wydaje mi się że istotne jest wyciągnięcie rękę do obywateli, danie realnej szansy na wpływanie na decyzje i na realną komunikację. O to powinno chodzić w takim projekcie.

MK: Dziękuję za rozmowę.

Źródło: wpolityce.pl