Agnieszka Pomaska

Marsz dla Polski i dla Unii
9 maja 2016 r., napisany przez

To była największa i najlepiej zorganizowana manifestacja KOD i opozycji, odkąd rządzi PIS. Ulicami Warszawy przeszło prawie ćwierć miliona osób. Marsz rozciągał się nawet na 3 km.

Manifestacja zaczęła się w sobotę krótko po godz. 13 na placu Na Rozdrożu. Tam stała pierwsza scena, z której przemawiali przedstawiciele organizatorów: KOD, PO, Nowoczesnej, SLD, PSL i lewicy.

Jak zapowiadał lider KOD Mateusz Kijowski, marsz odbył się po to, by zamanifestować różnorodność, gotowość do dialogu, zgodę wobec najważniejszych wartości – tych, które „w tej chwili są stawiane w wątpliwość przez rządzącą partię”. Po Kijowskim przemawiali politycy opozycji. Najgoręcej manifestujący przywitali byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, który po raz pierwszy wziął udział w marszu KOD. Protestujący najczęściej mieli ze sobą flagi Polski i Unii Europejskiej, chociaż nie brakowało też tęczowych flag LGBT. – To, jak traktowane są mniejszości, to miara wolności i demokracji – mówił jeden z przemawiających ze sceny.

W tej manifestacji było chyba najwięcej jak do tej pory młodych ludzi. Podkreślali, że przyszli, bo korzystanie z tego, co daje Unia Europejska, jest dla nich czymś oczywistym. – Nie wierzymy w zapewnienia Jarosława Kaczyńskiego, że chce, by Polska pozostała w UE. Bo to, co robi rząd PiS, jest zaprzeczeniem tych deklaracji – mówili Igor Przywoźny i Jakub Jasiński z V LO w Warszawie. Opowiadali, że w ich szkole jest wiele osób, które chodzą na manifestacje narodowców, i właśnie dlatego chcieli pokazać, że po drugiej stronie też są młodzi.

W czasie marszu było wesoło: transparent „Jarku, zakochaj się”, figura Jarosława Kaczyńskiego, który jak marionetki trzyma kukły Andrzeja Dudy i Beaty Szydło. I groźnie: portrety Andrzeja Dudy, Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki z podpisem „Demokraci wszystkich krajów, łączcie się” czy transparenty mówiące o Trybunale Stanu dla prezydenta i premier.

Kiedy czoło marszu wyruszyło w stronę Nowego Światu, „koderzy” z tyłu czekali jeszcze kilkadziesiąt minut, zanim także zaczęli maszerować. Co kilkaset metrów na trasie marszu ustawione były platformy z nagłośnieniem – organizatorzy śpiewali, puszczali muzykę i animowali tłum.

Protestujący pytani, dlaczego frekwencja jest dziś tak duża, zwracali uwagę na ładną pogodę.

– Marsze KOD zaczęły się w grudniu ubiegłego roku. Na wszystkie do tej pory trzeba było się ciepło ubierać. Dzisiaj pierwszy raz jest tak przyjemnie, że aż chce się protestować – tłumaczyła pani Agnieszka z Białołęki, która podkreślała, że była do tej pory na każdym marszu.

Marsz skręcił w Krakowskie Przedmieście, a potem w ul. Królewską – do placu Piłsudskiego, gdzie manifestacja się kończyła. Tam na drugiej scenie znów przemawiali politycy i Mateusz Kijowski. Na koniec zagrał zespół Big Cyc, który śpiewał stare przeboje i piosenki ze swojej nowej, „mocno politycznej płyty”.

Według danych warszawskiego ratusza na marszu było 240 tys. osób. Gdy czoło marszu dochodziło do sceny na placu Piłsudskiego, ostatni ludzie wychodzili dopiero spod sceny na placu Na Rozdrożu, który oddalony jest o 3 km.

– To największa demonstracja w wolnej Polsce – ocenił ze sceny na placu Piłsudskiego Grzegorz Schetyna, lider PO.

Podobnie jak podczas poprzednich marszów opozycji warszawska policja podała niższe dane. Według jej rzecznika uczestników marszu było jedynie 45 tys. Kolejny marsz KOD i opozycja zapowiedziały na 4 czerwca.

Czytaj więcej

źródło: wyborcza.pl