Agnieszka Pomaska

O dwóch takich, co kandydowały do Sejmu
26 października 2007 r., napisany przez

Gdy późnym wieczorem w niedzielę okazało się, że Platforma Obywatelska będzie miała w Gdańsku ośmiu posłów, rozpoczęło się gorączkowe liczenie głosów. Łeb w łeb, w walce o ostatni mandat szły Agnieszka Pomaska i Iwona Guzowska. Wygrać mogła tylko jedna…

wieczór wyborczy2007_Aga PomaskaNie rozpaczam

Rozmowa z Agnieszką Pomaską
Ile głosów zabrakło pani do mandatu?

– 39. Ale zagłosowało na mnie 9495 osób, więc i tak mam satysfakcję. To najwięcej wśród kandydatów w całej Polsce, którzy się nie dostali. W Warszawie do zdobycia mandatu wystarczyło na przykład dwa i pół tysiąca głosów…

Nie jest pani przykro?

– Nie rozpaczam, wiele osób gratuluje mi nawet wyniku. Wydaje mi się, że zwróciłam na siebie uwagę, więc może jest to dobra prognoza na przyszłość. Wybory będą jeszcze nieraz.

Jak wyglądała pani kampania?

– Chodziłam od domu do domu i namawiałam do głosowania na mnie. To było czasochłonne. Pracowałam po kilkanaście godzin dziennie. Wydaje mi się, że byłam w około dwóch tysiącach domów. Pomagali mi też młodzi ludzie. Łącznie około 60 osób. Oni odwiedzili jeszcze 20 tysięcy mieszkań. I wszyscy pracowali za darmo.

Chciało im się? Jak ich pani namówiła?

– Część to członkowie stowarzyszenia „Młodzi Demokraci”, ale wielu także poznałam w czasie spotkań wyborczych w szkołach. Sami zaproponowali pomoc. Razem pracowaliśmy do ostatniej chwili. Czułam, że kampania dobrze idzie, bo ludzie zainteresowali się nawet moją strona internetową, dziennie wchodziło na nią po 700 osób.

Rodzina pomagała?

– Oj tak. Wszyscy są już przyzwyczajeni do tego, że bawię się w politykę. Nawet krewni z Warszawy agitowali za mną u swoich znajomych w Gdańsku.

W pierwszym sondażu powyborczym miała już pani czwarte miejsce i pewny mandat…

– Niedziela to był dla mnie najgorszy dzień. Po wstępnych wynikach, które w samym Gdańsku były dla mnie bardzo dobre, wszyscy myśleli już, że weszłam, zaczęły się nawet gratulacje. Wtedy zaczęły przychodzić wyniki z reszty okręgu, gdzie nie było już tak dobrze. Na koniec zabrakło mi paru głosów…

Ma pani żal do Iwony Guzowskiej, która miała te parę głosów więcej?

– Absolutnie nie, bardzo ją lubię, myślę, że zasłużyła na to, żeby być posłem, ona ma swój elektorat, ściągnęła dużo głosów spoza Gdańska, na pewno zagrało tu jej znane nazwisko. No, ale w końcu sama na to swoje nazwisko zapracowała.

Może w następnych wyborach trzeba wybrać się poza Gdańsk?

– Nigdy nie wiadomo co najlepiej zrobić. W poprzednich wyborach, gdy pomagałam w kampanii Sławka Nowaka, dużo jeździliśmy do mniejszych miejscowości. Niewiele to dało, okazało się, że ludzie wolą i tak głosować na swojego lokalnego kandydata. A prawie wszędzie tacy lokalnie znani działacze byli.

Ile ze swoich własnych pieniędzy wydała pani na te wybory?

– Moich własnych? Jeszcze dokładnie nie podliczyłam, ale tak 7 – 8 tysięcy mi poszło.

Mniej zapłaciłaby pani za wakacje w Egipcie.

– Nie żałuję, bo to było bardzo ważne doświadczenie, które mam nadzieję zaprocentuje jeszcze w przyszłości. Sądzę, że przynajmniej część wyborców będzie chciała ze mną zostać.

Trudno teraz wrócić do rzeczywistości?

– Właśnie, że nie. Jestem radną Gdańska i wiceprzewodniczącą rady miasta, lubię to co robię, więc chętnie wróciłam teraz do pracy, mam trochę zaległości, teraz je nadrabiam. Poza tym dzisiaj mamy sesję rady, będę pewnie prowadzić część obrad.

A co dziś uchwalacie?

– Wybieramy ławników i uwalniamy ceny taksówek.

Znów podrożeją!?

– Przeciwnie. Teraz już władze miasta nie będą ustalać cen ani liczby taksówek jakie są w mieście. Teraz jest ich za mało i są droższe niż np. w Warszawie. Po uwolnieniu powinna się zwiększyć konkurencja i liczymy na to, że ceny pójdą w dół.

Agnieszka Pomaska, lat 27, ukończyła liceum nr 1 w Gdańsku i politologię na UG. Radną PO została w 2002 r., trafiła do władz miejskich i krajowych partii. Od roku jest wiceprzewodnicząca rady miasta i szefową komisji Turystyki i Promocji Miasta.

Jak się wkurzam, wchodzę w zwarcie

Rozmowa z Iwoną Guzowską

„Gazeta” – Sportowiec w Sejmie. Czyli – tylko proszę nie bić – została pani maskotką.

Iwona Guzowska: – O nie!

Nie maskotką?

– Nigdy nie byłam niczyją maskotką i to się nie zmieniło.

To po co pani ta polityka?

– Jestem konsekwentna. Wydobyłam się z niezłej biedy, odniosłam sukces dzięki sportowi, potem, choć tego nie nagłaśniałam, zajęłam się działalnością społeczną. A teraz jako poseł, będę mogła zdziałać więcej.

Co to za społeczna działalność?

– Dzięki karierze sportowej poznałam trochę znanych ludzi. Zapraszam ich, robię różne imprezy, a dochód z nich idzie na cele charytatywne. I tak jednej dziewczynce sfinansowaliśmy rok nauki angielskiego, innej można było kupić pianino, dom dziecka dostał pieluchy, a szpital buciki ortopedyczne dla dzieciaków…

Pani lubi dzieci.

– Sama jestem z domu dziecka. Wiem, co to znaczy adopcja, jakie to jest ważne. Jak zastanawiałam się, czy startować do Sejmu, to radziłam się mądrego przyjaciela. I on powiedział: Iwona, masz potencjał i masz świra na punkcie tych dzieci. Jako posłanka będziesz mogła dla nich zdziałać więcej. Więc się nie zastanawiaj, bo choćby z tego powodu warto spróbować. Udało się. Ja swoim życiem chyba już udowodniłam, że nie rzucam słów na wiatr, pomogę większej liczbie dzieciaków. Więc proszę tu nie mówić, że jestem maskotką.

Ale to można robić jako poseł każdej partii…

– Fakt, że startowałam z listy Platformy nie jest przypadkiem. Ja już wiele lat temu zdałam sobie sprawę, że jestem świadomym obywatelem, że polityka jest ważna, że trzeba brać udział w wyborach. Dwa lata temu byłam w komitecie honorowym PO, byłam na ich plakatach. Powiem prawdę, jak wtedy przegrali nie przejęłam się tym za bardzo. Pamięta pan, jak to było. Wszyscy liczyliśmy na PO-PiS. Więc jak wygrali Kaczyńscy, ludzie z solidarnościowym rodowodem, to również wyborcom Platformy wydawało się, że nic strasznego się nie stało. I nawet jak nie zawiązali koalicji byłam optymistką. Więcej, byłam zła na Donalda Tuska, że nie wszedł do rządu na warunkach PiS. Ale okazało się, że to Tusk ma rację. Przez te dwa lata patrzyłam w telewizor, zaciskałam zęby i wkurzałam się coraz bardziej. Pod koniec byłam już wściekła, a na dodatek sondaże pokazywały, że wygra Kaczyński, że nawet rozważałam, czy by po raz pierwszy w życiu nie iść na wybory. Wtedy zadzwonił gdański radny, Piotr Dzik i powiedział, że jest propozycja mojego startu w wyborach. Długo się wahałam, radziłam się wielu ludzi. Ale chyba jestem taka twarda, że jak coś mnie wkurza, to nie chowam się w kąt, tylko wchodzę w starcie. Teraz się cieszę, ale prawdziwy sukces przyjdzie dopiero za cztery lata. Jak mnie ludzie rozliczą i powiedzą: Iwona, dobrze że ciebie wybraliśmy, bo zrobiłaś coś pożytecznego.

W jakich komisjach chce pani pracować?

– Mogę w dwóch. Pierwsza jest oczywista, to komisja sportu. Znam ten światek, wiem, co mu dolega. Nad drugą komisją się zastanawiam: czy to ma być komisja do spraw kobiet, czy spraw społecznych. Poszukam rady mądrych ludzi, przed podjęciem decyzji muszę dokładnie wiedzieć, jakie są kompetencje tych komisji, jakimi dokładnie sprawami będą się zajmować i wtedy wybiorę tę, w której będę mogła więcej zdziałać.

Pełna pani zapału. To może wie pani co zrobić, żeby polskie kluby grały w końcu w lidze mistrzów?

– W polskim sporcie piłka nożna, a może szerzej, gry zespołowe, radzą sobie jeszcze najlepiej. Prawdziwy dramat jest w sportach niszowych, a nawet w lekkoatletyce. Chodzi o promocję tych sportów i oczywiście o pieniądze. Długo by opowiadać, podam przykład, gdy mistrz olimpijski w gimnastyce sportowej, mimo doskonałej formy nie ma pewności czy pojedzie na kolejną olimpiadę, to jest to nienormalne. Ale podstawowy problem polskiego sportu zaczyna się oczywiście już na poziomie szkół. Dzieci mamy zdolne, gdy taki dzieciak złapie pasję do sportu, to jest gotów wszystko temu podporządkować. Ale jak jest z biednej rodziny, której nie stać na piłkę czy buty, to jest skreślony. A powinien to dostać ze środków publicznych, tak samo jak boisko, salę gimnastyczną czy basen.

No, ciekawe, co Donald Tusk myśli o takim rozdawnictwie.

– To nie jest rozdawnictwo. To się zwraca z nawiązką, bo dzieciaki nie wystają pod budką z piwem, nie kradną samochodów, tylko realizują swoją pasję. A potem nie lądują w szpitalu, tylko w dobrym zdrowiu dożywają starości.

Jako polityk jest już pani osobą publiczną, więc proszę powiedzieć, czy coś się zmieniło w sprawach osobistych?

– Nic się nie zmieniło. Sama wychowuję syna. Wojtek ma 15 lat, kończy gimnazjum i jest rozdarty, bo zastanawia się co dalej z sobą zrobić. Najchętniej jeździłby na deskorolce. Kochamy się, jesteśmy szczęśliwi.

Iwona Guzowska, 33 lata, posłanka PO z Gdańska, głosowało na nią 9534 osób. Sześciokrotnie zdobyła mistrzostwo świata w kick-boxingu. Cztery razy Puchar Świata w tej dyscyplinie, mistrzostwo Polski – siedem razy.

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto, Marek Sterlingow, Marek Wąs

26.10.2007